Siedem godzin Franza Kafki !!!

Przynajmniej od miesiąca teatralna Warszawa żyła wyznaczoną na 15 listopada premierą „Procesu” w Nowym  Teatrze. Spektakl odrzucony we wrocławskim Teatrze Polskim, realizowany w Warszawie w kooperacji czterech stołecznych teatrów niósł ze sobą posmak sensacji. Gdzieś w prasowych anonsach można było wyczytać, że spektakl będzie trwał 4 godziny.  Z nadzieją na arcywidowisko, nabywając ostatnie bilety w pierwszym dniu sprzedaży, zasiedliśmy na widowni wypełnionej do ostatniego miejsca z nadkompletem , głównie młodych ludzi, którzy  kłębili się na rozrzuconych na schodach poduszkach.

Zapowiedź 4-godzinnego spektaklu okazała się być mocno niedopowiedziana. Spektakl trwał niemal 7 godzin!!!  Nie wierzycie?  Powiedzmy jeszcze raz. „Proces” Krystiana Lupy w Nowym Teatrze trwa 7 godzin!!!

Krystian Lupa zafundował widzom maraton teatralny. Reżyser chce z pewnością powiedzieć widzom coś ważnego, przekazać swoje  dzisiejsze postrzeganie polskiej rzeczywistości. Tak mówi o tym w przedpremierowych wywiadach ale, żeby potrzebował na to aż siedmiu godzin!

Lupa naraża widzów na znużenie, na przesyt snującą się nudą, na rozdrażnienie i podenerwowanie, na utratę przyjemności i na wiele innych niepokojów. Ale reżyser zdaje się tym specjalnie nie przejmować. Mozolnie,  ale z wielką konsekwencją idzie przez spektakl krok za krokiem, powolnym, powolnym, powolnym krokiem!

Ale przecież znajdujemy w treści „Procesu” rzeczy poruszające, ponaglające do analitycznego myślenia , fragmenty i sceny które zapadają w głowie widza. To każe nam  oglądać teatr Lupy, każe nam patrzeć na proces Józefa K. jak na wydarzenia dotykające także nas ,dzisiaj!

„Nie robimy na siłę  uaktualnień, nie posługujemy się aluzjami. Ale byłoby stratą nie uchwycić diagnozy dzisiejszej rzeczywistości, która jest moim zdaniem zapisana w powieści” –mówi Krystian Lupa przed premierą.

Spektakl rozpoczyna się sceną, w której starsza kobieta siedzi przy stole coś tam porządkując.           W tle, na ekranie telewizora obserwujemy ożywioną dyskusję polskich polityków na temat ustawy  dezubekizacyjnej i ustawy reprywatyzacyjnej.

Jest rok 2017. Polska żyje politycznymi sporami. Posłowie , jeden mądrzejszy od drugiego, wykrzykują na ekranie  swoje racje a do pokoju starszej pani Grubach wchodzi pan K.  Idzie powoli, jakby zmęczony do granic wytrzymałości, idzie powoli i próbuje coś mówić.  Osacza go jakaś dziwna niemoc, z jednej strony drąży go pragnienie spotkania panny Burstner, sąsiadki z pokoju obok, do której żywi uczucie sympatii i podrażnionej miłości,  z drugiej strony  zadziwiony snuje domysły o powodach swojego aresztowania. Zagubiony, nieporadny, już na początku przegrany. Co chwilę słucha podpowiedzi głosu płynącego gdzieś z zewnątrz.  To głos drugiego Pana K. Reżyser stosuje tu zaskakującą formę aktorską. Józef K. a właściwie Franz K. w dwóch postaciach. (świetne role Andrzeja Kłaka i  Marcina Pempusia). Ten drugi to trochę sumienie, trochę sufler, bardziej rozważny i bardziej spokojny. Z tym pierwszym roztargnionym i zmęczonym , w równym stopniu męczy się widz. Na scenie niewiele się dzieje. Półmrok dodaje kolejne wyciszenie.

Widz ogląda coś z groteski i czuje zapach absurdu. Nic to dziwnego. W „Procesie” Kafki pełno jest abstrakcji, mistyki, metamorfoza goni metamorfozę, aluzje prześcigają się z polemiką a wszystko to wygląda właśnie groteskowo i absurdalnie.

Krystian Lupa przenosi to na scenę. Jak byłoby mu mało, dodaje własne spojrzenie. Buduje wizję rozmowy przyjaciół Kafki. Długa, bardzo długa, prawie godzinna,  scena w  szpitalu, może w szpitalu  psychiatrycznym ? Cztery szpitalne łóżka. Na jednym z nich K. leży nagi, bezbronny,  z uchodzącym  z niego życiem. Jego druga postać, ta która mu stale podpowiada, swoisty sufler, a może anioł stróż, siedzi, bez ruchu wgłębi sceny na krześle pod ścianą.  Na pozostałych łóżkach kładą się przyjaciele Kafki, pisarz Max Brod, narzeczona Felicja i jej siostra Greta Bloch. Aktorzy rozbierają się, bez pośpiechu, jakby naturalnie układają się do snu. Są nadzy, publiczność wstrzymuje oddech, zalega absolutna cisza, wzrok się wytęża, tym bardziej, że nad sceną panuje lekki półmrok.  Nikt już nie myśli o wychodzeniu, widownia staje się zasłuchana i zapatrzona. To kulminacyjny fragment spektaklu!

Swoisty proces nad Franzem K. Sen staje się jawą. Nadzy, czyści, niewinni debatują nad ułomnościami tego świata. Ktoś z nich mówi: „rok 2017 jest naszą ostatnią szansą”. Ktoś z drugiego łóżka dodaje: „My już wszyscy przekroczyliśmy granice absurdu, pozostaje pustka i wstyd”.  Inny głos: „Nie, tylko trzeba przeczekać, po prostu przeczekać”. Nagle Franz K. wstaje, z trudem gramoli się z łóżka, staje nagi przed kamerą, która ustawiona tuż przy scenie przekazuje obraz na żywo.  Franz K. zagląda do kamery jakby to było okno na świat. A może to tylko okno na widownię. Milczy, wraca na swój materac.

I wtedy naga postać z jednego z łóżek mówi: „Wierzyliśmy w nasze urojenia nazywając je rzeczywistością”. ” Kto?” Pyta inny głos. „My, artyści! ” Ktoś z rzędu dalej szepnął:„Wy-artyści, a zwykły człowiek?!”.

Aktor grający Brada, Adam Szczyszczaj, czyta trzymaną w ręku książkę o roku 2017 i stwierdza „Futurologia!” A jednak jakiś człowiek „Spali się na placu centralnym”. Futurologia?  I dalej: „Wszyscy teraz po kolei umierają. Nie chciałbym umrzeć w tym momencie. To jest koszmarne umrzeć  z poczuciem, że świat się kończy, że wszystko się dalej będzie cofać”.

 Dialogi brzmią jak wielka improwizacja. Widz ma wrażenie, że aktorzy rozmawiają prywatnie, mówią swoje własne słowa. Tak myślą, tak mówią, tak przekonują swoich partnerów na scenie, tak opowiadają widzom. O czym? O Polsce!

Nagość! Może to bunt przeciwko nikczemności? „Śpijmy” rozlega się z któregoś z łóżek. „Nie, róbmy coś”, brzmi odpowiedź. „Piszmy list do ludzkości!!!”

Może cały spektakl Krystiana Lupy to właśnie taki list do ludzkości!

Przerwa. Już druga. W pierwszej przerwie, gdy  część widzów wychodziła, byliśmy przekonani, że tylko na papierosa. Teraz ustawia się dłuższa kolejka do szatni. Minęła czwarta godzina spektaklu. Dla części widzów to już koniec. Mają dosyć, widać zniecierpliwienie na twarzach. Słychać głosy, że owszem, że tak, ale nie da się tego oglądać kolejną godzinę. Pan w szarym płaszczu rzuca: „Widowisko podlega prawom widza, teraz mam ochotę rozprostować plecy”. Jakaś kobieta zwraca się do dwóch panów z kolejki: „Panowie wychodzą? Szkoda!”.   Patrzymy na zegarek, jest w pół do dwunastej!

Przypomina nam się cytat z wypowiedzi Krystiana Lupy: „Dla mnie robienie spektaklu jest pewnego rodzaju wspólnotą pragnień i celów. Tylko wtedy sztuka ma sens”.

Nie jest naszym celem opowiadanie o wszystkich aspektach przedstawienia. Trzeba iść i obejrzeć. Choć te 7 godzin trochę przeraża.  „Proces” Lupy z pewnością oddaje nastrój i przesłanie „Procesu” Kafki, dodając do spektaklu współczesny ogląd.

Oto scena , w której Franz K. przechodzi przez sądowe korytarze. Natrafia na rząd siedzących ludzi. Wszyscy mają  usta zaklejone czarną taśmą. Może nie chcą mówić. Protestują?!  Mają powody by protestować!? A może mówić im nie wolno?! Wszystko co powiedzą może świadczyć przeciwko nim!

Widzu wybieraj , sam zdecyduj. Ludzie rzędem siedzący są winni czy niewinni. Czekają na proces, czekają na wyrok? Nagle rozlega się ostra muzyka, wali po widowni jak nawałnica,  muzyka jak złowroga seria z karabinu maszynowego. Zalega cisza. Jeszcze nie skazani  a już osądzeni.

Symboliczna jest także scena w sądzie. Franz K. przedkłada swoje racje. Wyjaśnia, tłumaczy… w tle tłumek ludzkich postaci . A sędzia? Wzburzony, poirytowany rzuca swoje kwestie z taką furią jak niektórzy z współczesnej, sejmowej mównicy!

Piszmy „List do ludzkości” bo ten proces to proces wytoczony ludziom. Czy z taką, finalną myślą wychodzimy z teatru. Być może?

Nasz spektakl to rzecz o kondycji człowieka w systemie, jak powiedziała któraś z aktorek  spektaklu.

Jak spuentować to opowiadanie o spektaklu….. Zacytujmy Krystiana Lupę jeszcze raz:  „Pamiętajmy, że w 30-tych latach też nie spodziewaliśmy się tego, co się później stało”.

Jan Wieteska.

Related posts